Czy deregulacja się opłaca? Marek Tatała dla “Rzeczpospolitej”

Strona główna » Aktualności » Czy deregulacja się opłaca? Marek Tatała dla “Rzeczpospolitej”

Marek Tatała, ekonomista i prezes Fundacji Wolności Gospodarczej, w artykule dla „Rzeczpospolitej” porusza kluczowy temat deregulacji w Polsce. Zwraca uwagę, jak zmniejszenie liczby przepisów i uproszczenie prawa może stanowić katalizator dla szybszego rozwoju gospodarki oraz poprawy warunków życia obywateli. Wskazuje także na opór, który może stanąć na drodze tej zmiany, zarówno ze strony polityków, jak i urzędników.

Gdyby zorganizować konkurs na gospodarcze słowo roku, mamy dziś jednego z faworytów – deregulacja. Za sprawą spotkania premiera Donalda Tuska z przedsiębiorcami tematyka ta urosła, przynajmniej na jakiś czas, do jednej z najważniejszych spraw w polityce. Jednak jest ona ważna przede wszystkim dla gospodarki. Dzięki deregulacji gospodarka może rosnąć szybciej, a to oznacza i lepsze warunki życia, i więcej pieniędzy na ważne zadania państwa – przede wszystkim zapewnienie bezpieczeństwa. Przedsiębiorcy pracują nad listą konkretnych postulatów w ramach inicjatywy „SprawdzaMY”, minister Maciej Berek tworzy rządowy zespół ds. deregulacji, ale czy faktycznie uda się coś zmienić? O deregulacji mówi się przecież od lat. Politycy powinni w końcu przejść od słów do czynów.

„Brak konkurencyjności polskich przepisów gospodarczych znacząco osłabia Polskę w wyścigu o kapitał i udział w światowym rozwoju społecznym i gospodarczym”. To słowa z 2009 roku, z raportu „Polska 2030. Wyzwania rozwojowe” pod redakcją naukową Michała Boniego, ze wstępem Donalda Tuska. Pomimo tego osłabienia Polska była w ostatnich piętnastu latach europejskim liderem wzrostu. Nie dzięki doskonałemu prawu gospodarczemu, a pomimo uderzających w konkurencyjność przepisów. W międzynarodowych rankingach oceniających gospodarczy ekosystem wciąż wypadamy blado, na tle innych krajów UE i OECD.

W indeksie wolności gospodarczej kanadyjskiego Fraser Institute zajmujemy 70 miejsce i wspólnie z Grecją należymy do najgorzej ocenianych krajów UE. W innym rankingu – amerykańskiej Heritage Foundation, Polska wypada nieco lepiej pod względem wolności gospodarczej, ale 42 pozycja to nadal jeden z gorszych wyników w regionie i Europie. Kiedy jeszcze Bank Światowy robił rankingi Doing Business, to w edycji z 2020 roku Polska zajęła 40 miejsce. Z kolei w najnowszym International Tax Competitiveness Index, oceniającym m.in. jakość system podatkowego, Polska zajęła 31 pozycję wśród 38 badanych krajów. W Tax Complexity Index jest jeszcze gorzej i na 64 kraje zajmujemy przedostatnie miejsce, w skomplikowaniu podatków wypadając tylko lepiej niż Peru. Jakby tego było mało, to z danych Komisji Europejskiej wynika, że średni czas potrzebny do rozstrzygnięcia procesowych spraw cywilnych i gospodarczych w polskich sądach pierwszej instancji jest piąty najdłuższy w Unii. Niestety mógłbym takie rankingi, w których Polska wypada dużo gorzej niż nasz potencjał i aspiracje, wymieniać jeszcze długo.

Premier Tusk zapowiedział, podczas przemówienia na Giełdzie Papierów Wartościowych, że chciałby awansu Polski w rankingu szczęśliwości, ale jak widać mamy o wiele więcej do zrobienia. Dobra wiadomość jest taka, że istnieje związek pomiędzy wolnością gospodarczą i poczuciem szczęścia mierzonym przez World Happiness Report. Poprawiając ocenę w jednym z obszarów, możemy też awansować w drugim. Ale co tak naprawdę daje nam deregulacja?

W skali mikro zmniejszenie liczby przepisów i uproszczenie prawa pozwala przedsiębiorcom poświęcić się bardziej swojej głównej aktywności – spełnianiu potrzeb klientów. Mniej czasu i zasobów, które trzeba poświęcić na sprawozdawczość, płacenie podatków, spełnianie wymogów prawnych, uzyskiwanie pozwoleń i spory sądowe, to więcej możliwości tworzenia miejsc pracy i rozwijania biznesu. Przykładowo, ostatnie dostępne szacunki Banku Światowego pokazywały, że średni czas potrzebny na spełnienie samych zobowiązań podatkowych wynosił w Polsce 334 godziny. W największych firmach nadmierne regulacje oznaczają konieczność zatrudniania dużej liczby prawników i księgowych. W najmniejszych spadają często na właściciela, dlatego regulacje są szczególnie dotkliwe dla mikro i małych przedsiębiorstw.

W skali całej gospodarki deregulacja może przyspieszyć tempo wzrostu, a więc poprawy poziomu życia mieszkańców. Z kolei nadmierne regulacje hamują wzrost gospodarczy. Amerykański Mercatus Center wyliczył, że w latach 1980 – 2012 koszty regulacji wynosił w USA 0,8 proc. PKB rocznie. Gdyby poziom obciążeń regulacyjnych pozostał na stałym poziomie od 1980 roku, gospodarka amerykańska mogłaby być 25 proc. większa, co przełożyłoby się na korzyści – 13 tys. dolarów w przeliczeniu na mieszkańca. Simeon Djankov, Caralee McLiesh i Rita Maria Ramalho szacowali, że kraj, któremu uda się przejść z grupy najbardziej do najmniej przeregulowanych, według rankingów Doing Business, może spodziewać się zwiększenia rocznej stopy wzrostu o 2,3 punktu procentowego. Alberto Alesina i inni współautorzy wskazywali, że ponad dwukrotnie szybszy wzrost gospodarczy w USA niż w dużych gospodarkach Europy (Niemcy, Francja, Włochy) w drugiej połowie lat 90-tych wyjaśniają m.in. różnice w regulacjach. Dziś o deregulacji mówią najważniejsi przedstawiciele instytucji europejskich dostrzegając w niej jedno z narzędzi do poprawy konkurencyjności i przyspieszenia wzrostu w Europie.

Skoro deregulacja przynosi korzyści, to dlaczego tak często jest blokowana? Po pierwsze, opór dla deregulacji bywa elementem sporu politycznego. W Polsce może to wystąpić w samej koalicji rządzącej, szczególnie po jej lewej stronie. I to pomimo tego, że polska lewica często mówi o „modelu skandynawskim”. W rankingach wolności gospodarczej i warunków dla prowadzenia firm w czołówce jest zazwyczaj Dania, a wysoko plasują się inne kraje Skandynawii. Deregulacja jest więc jednym z elementów przybliżania się do tego, wymarzonego przez niektórych modelu.

Można się spodziewać, że będzie dochodzić do demonizacji idei deregulowania gospodarki i próby budowania przekazu, że deregulacja służy wyłącznie biznesowi. Tak oczywiście nie jest dlatego, że firmy mniej skrępowane przepisami, skupione na działalności gospodarczej i rozwoju, a nie biurokracji, mogą tworzyć nowe miejsca pracy, dbać o wzrost efektywności i wynagrodzeń.

Po drugie, hamulcowym deregulacji często są urzędnicy, którzy nie chcą rezygnować z raz pozyskanych narzędzi, na przykład kontrolnych. Nie jest przypadkiem, że w trakcie, kiedy premier Tusk mówił na GPW o gospodarczym roku przełomu, w rządzie od miesięcy blokowany był, przez dwa resorty, pakiet deregulacyjny Ministerstwa Rozwoju i Technologii. Skoro coś robiliśmy tak samo od lat, to dlaczego to zmieniać? Takie myślenie może przyświecać części administracji publicznej. Zadaniem rządowych deregulatorów musi być przełamanie tego oporu. Zmieniać muszą się nie tylko przepisy, ale też codzienna praktyka urzędnicza i mentalność. Czy uda się w końcu sprawić, by takie zasady jak rozstrzyganie wątpliwości na korzyść podatnika czy „co nie jest prawnie zabronione, jest dozwolone”, były realnie stosowane przez organy państwa, a nie widniały tylko na papierze?

Pozostała część tekstu jest dostępna na portalu „Rzeczpospolita”>>

Pozostałe aktualności